Rezerwatowa ściema?

Kontynuując moje zainteresowanie mieleckimi lasami ryzykuję, że stanę się wrogiem publicznymnadleśnictw i przyjdzie czas, że nie tylko nie wpuszczą mnie do mieleckich lasów, ale jak już tam wejdę przez dziurę w płocie, poszczują na mnie watahę wilków, które jeden leśniczy podobno kiedyś widział. I dla których ten płot przy drodze zbudowano.

Gdybym był zwolennikiem pełnej industrializacji mieleckich lasów, która aktualnie następuje, powiedziałbym, że należy się mieleckim leśnikom medal za dobrą pracę na rzecz Lasów Państwowych. Bo z punktu widzenia pozyskiwania drewna, czyli eksploatacji lasów, czyli ich wycinania, działania nadleśnictw są wzorowe. Ilość wyrębów, a szczególnie te kamienne drogi przecinające las w tę i z powrotem i ciągle rozbudowywane, którymi drewno jest z lasów wywożone, są dowodem, na prawidłową pracę nadleśnictw.

Ale nie jestem zwolennikiem przekształcania lasów w fabryki drewna. I dlatego, może wbrew większości ludzi nie żyjących z lasów, a z tych nie żyjących z lasów, to szczególnie rowerzystów, nie podoba mi się działalność leśna w mieleckich Lasach. W swoich felietonach bazuję na moich odczuciach, obserwacjach i zapewne można mi zarzucić, że nie zapytałem leśników o to, czy o tamto. Ale moje prawo mieć odczucia i o nich pisać.

Jak przyglądnąłem się przemysłowej eksploatacji lasów, jak to sobie poukładałem fakty z tym związane w głowie, to stwierdziłem smutną prawdę, że głównym celem leśników nie jest dbanie o lasy dla ludzi, o piękne lasy polskie, do których przyjemnie wejść i mieć złudzenie ich dzikości, ale o lasy dla pozyskiwania drewna, żeby jak najwięcej tego drewna dawały i jak najłatwiej było go pozyskać.

Jakoś tak dziwnie mi się wtedy przypomniały słowa Andersena, że król jest nagi. Ale jednocześnie pomyślałem, że może nie tak do końca nagi. Bo może ma chociaż wstydliwe miejsca przykryte jakimiś listkami figowymi. Takimi listkami mogłyby być rezerwaty w mieleckich lasach. Dużo się o nich mówi i pisze.

Rezerwat Buczyna czy Błota Przecławskie są wymieniane jednym cięgiem, gdy mówi się o atrakcjach Ziemi Mieleckiej. Są i inne rezerwaty, jak Końskie Błota, Pateraki czy Jadźwiana Góra, mniej znane, bo trudniej skomunikowane z drogami publicznymi, ale to zapewne tylko kwestia czasu. Buczyna jest znana wielu mielczanom. Dość szczególne miejsce, które daje sobie radę samo, bez pomocy leśników. Są tablice informacyjne i tyle. Nie trzeba za bardzo dbać o nią, wystarczy nic nie robić, a chwalić się można.

Z ciekawości pojechałem do kolejnego rezerwatu, do Błot Przecławskich. Wiedzie do nich asfaltowa droga. Niby jest zakaz wjazdu, ale przez otwartą rampę niektórzy dojeżdżają do samych Błot. I co widzą? Ano – według mnie – obraz totalnego zapomnienia i zaniedbania. Już samo wejście do rezerwaty, po patykach położonych w błocie, trochę odpycha.

Potem jest tylko gorzej. Błotna ścieżka, miejscami prowadzona po drewnianych, wiekowych podestach, miejscami po gruncie, w który wrzucono w podmokłych miejscach trochę kiji, patyków, by jakoś przeleźć, robi przygnębiające wrażenie. Widać, że już dawno żaden nadleśniczy ani leśniczy tą ścieżką nie przechodził. Czy nie stać nadleśnictwa, by zbudować porządne ścieżki, prowadzone po pomostach, tak aby zwiedzający przeszli suchą stopą cały rezerwat, nie deptając roślin czy żyjątek?

Gdy wydaje się na kamienne drogi transportowe miliony złotych, skąpi się na te nieliczne miejsca, które jakoś usprawiedliwiają prospołeczne działania leśników? Jeśli nie stać leśnictw na jakie takie utrzymanie rezerwatów, to wykreślmy te miejsca z tras zwiedzania Ziemi Mieleckiej, bo po co się kompromitować.

Andrzej Talarek

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.